Maciek Belski

Blog o podróżach

Blog o podróżach

  • Początki z Kanadą
    Na lotnisku w Toronto dotarlem nocnym autobusem 307 jadacym o godz. 4.00 AM z mojej ulicy - Eglinton. Razem ze mna jechalo sporo osob do pracy, chyba wiec przestane juz narzekac wstajac w dni robocze o godz. 6.00... Do Montrealu dotarlem zaledwie w godzine samolotem McDonnel-Douglas 80 linii lotniczych "JETS GO". Pierwszy raz lecialem maszyna, w ktorej po lewej stronie sa dwa, a po prawej trzy rzedy siedzen. Dodatkowych emocji dodawal fakt, ze McDonnel-Douglasy to jedne z najbardziej awaryjnych samolotow na swiecie - jak jednak widac pomimo tylu katastrof lotniczych lataja nadal. Podobno winna jest ich konstrukcja: silniki umieszczone sa na ogonie, pod statecznikami poziomymi, a nie jak w Boeingach czy Airbusach - silniki pod glownymi skrzydlami samolotu. Widoki nad Montrealem byly cudowne - cale miasto widac bylo jak na dloni (rozpoznalem nawet czesc atrakcji turystyczncyh). Niebo bylo calkowice bezchmurne, wszystko tonelo w sniegu i promieniach slonca. Po wyladowaniu dosc szybko okazalo sie jednak, ze temperatura jest bardzo, bardzo niska, a system komunikacji miejskiej w Montrealu nie dorownuje TTC z Toronto. TTC czyli Toronto Transit Commission nie bez powodu uznawane jest za jeden z najlepszych systemow na swiecie. Cala sprawe dojazdu z lotniska do cetrum dodatkowo komplikowal przykry (oczywiscie dla mnie) fakt, ze wszelkie mozliwe napisy sa na ogol wylacznie w jezyku francuskim. Dzieki rozmowom z dosc zyczliwymi tubylcami udalo mi sie jednak dotrzec do centrum. Mialem tu nawet spora satysfakcje - moj angielski byl znacznie, znacznie lepszy (znacznie bardziej "angielski") niz ich. Jak sie pozniej okazalo, mialo tak byc juz do konca mojego pobytu w Montrealu. W centrum Montrealu szybko odnalazlem moj hotel Econo Lodge, ktory zarezerwowalem dzien wczesniej przez Internet. Zostawilem bagaze i juz ok. 10.00 ruszylem zwiedzac miasto. Na pierwszy ogien poszly Olimpic Park i Jardin Botanique de Montreal znajdujace sie na obrzezach miasta. Oczywiscie w parku olimpi...
  • Kanady ciąg dalszy
    Teraz krotko, bo czas ucieka - a trzeba zwiedzac dalej Toronto i kupic na jutro bilet autobusowy. Wtorek nie przypominal bezchmurnego poniedzialku, slonca wcale nie bylo, ale temperatura na szczescie zauwazalnie sie podniosla. Ustal tez wiatr, wiec byly powody do radosci. Cieplo oczywiscie nadal nie bylo (temperatura na oko wynosila ok. -5), ale juz moglem w miare stabilnie trzymac aparat i kamere w rece. Wyruszylem w kierunku starego portu, po drodze jeszcze raz zajrzalem do chinskiej dzielnicy i bazyliki Notre-Dame, potem Courthause, Montreal City Hall, uliczki Vieux-Port, Marche Bonsecours Market, budynek Biosphere (EXPO'67), wieza portowa Tour de l'Horloge, budynek kina Panasonic-IMAX, Palais de Congres du Montreal, McGill University. Kiedy chodzilem po Uniwersytecie zaczal intensywanie padac snieg, a poniewaz zblizala sie godzina wyjazdu na lotnisko, wiec powoli zaczalem kierowac sie juz do stacji metra. Kiedy przesiadalem sie do autobusu byla to niemal burza sniezna. Nic to jednak z tym co rozpetalo sie po dotarciu na lotnisko. Po plycie startowej bezustannie krazyly tam i z powrotem wielkie plugi sniezne. Widocznosc byla moze na 20 metrow, a moj samolot wylecial z 40 minutowym opoznieniem. Zauwazylem tez, ze niemal wszyscy pasazerowie samolotu tuz przed startem przezegnali sie... Do Toronto dolecielismy 19.40. Przepiekna noc, ani sladu sniegu, a temperatura +1 st. Nareszcie w domu!
  • Kanada - podróż za ocean
    Nie wiem po prostu jakim cudem jeszcze jestem w stanie siedziec przy komputerze... Spalem dzis tylko 3 godziny zeby sie dostac na poranny autokar do Nowego Jorku. Oplacilo sie - bylem sidomy w kolejce i wiedzialem juz ze na pewno nie zabraknie dla mnie miejsca (kierowca wpuszcza do autokaru tylko ok. 50 osob - ograniczenie wynika z ilosci siedzen). Gdybym przyszedl jakies pol godziny pozniej to najprawdopodobniej musialbym czekac ponad godzine na kolejny autokar, bo tyle osob pojawilo sie nagle na terminalu. Po trwajacej ok. 1,5 godziny podrozy wysiadlem z kilkoma osobami w Niagara Falls, a autobus przejechal przez graniczny most do Stanach Zjednoczonych, aby dalej kierowac sie do Nowego Jorku. Pogoda byla "bezsloneczna", ale przyjemna z powodu braku deszczu i wysokiej temperatury: ok. 12. st. C. Po zmudnym dreptaniu przez cale miasteczko Niagara Falls, przy stale narastajacym ryku Niagary (slyszalna jest podobno z kilku kilometrow - nie wiem, jak tu mozna mieszkac!) dotarlem do Rainbow Bridge - stalowego mostu slynacego ze wspanialych teczowych lukow tworzacych sie w jego poblizu. Oczywiscie z powodu braku slonca nie bylo mowy o zadnych teczach... Nastepnie poszedlem wzdluz spienionego nurtu rzeki podziwiajac caly czas doskonale juz widoczny American Fall czyli amerykanska czesc Niagary. Wodospad ten robi piorunujace wrazenie - huk wody, szybkosc i sila z jaka przetacza sie i klebi jest po prostu hipnotyzujaca! Nalezy tu dodac, ze American Fall jest ponad dwukrotnie mniejszy od kanadyjskiej czesci Niagary czyli Horseshoe Falls (nazwa pochodzi od jego ksztalu przypominajacego podkowe). American Fall ma 320 m szerokosci, a Horseshoe Falls ma az 800 m szerokosci i 50 m wysokosci. Trudno zreszta, nawet znajac te dokladne wymiary, wyobrazic sobie wyglad obu tych wodospadow... Mgla, ktora tworzy sie z rozbijanej wsciekle o skaly i lod wody, jest przenoszona przez podmuchy wiatru na nadbrzeze. W efekcie czego w promieniu trzystu metrow wokol wodospadu po prostu pada...
  • [1] 2